Wpłać darowiznę na Centrum Rozwoju Przekaż 1% Skautom Europy Youtube - obozy Youtube - Droga Cię wzywa

Relacja z wyjazdu do Belgii na WE szefów

Dominika, 2010-03-18 Tagi: Europa

Decyzja o wyjeździe została podjęta szybko, bo nad czym tu się zastanawiać? Skauci z Belgii organizują wędrówkę i nas zapraszają, nic więcej do podjęcia decyzji przecież nie trzeba. WiM - ogólnokrajowe spotkanie szefów. Osobiście nigdy nie byłam w Belgii, Marysia z reszta też więc radość podwójna. Dowiedziałyśmy się, że będzie nam towarzyszyć Valentina - 20 letnia drużynowa z Rosji. Pomyślałam, że będzie to świetna okazja do tego by poznać kogoś nowego i porozmawiać o kulturze Europy wschodniej, która jest dla mnie niezwykle interesująca. Pytanie było tylko jedno - jak my się dogadamy? Niby angielski znam ale czy to co umiem wystarczy? Na szczęście Marysia angielski zna świetnie i w razie czego będzie tłumaczyć.
Spotkanie organizowało namiestnictwo przewodniczek w Belgii z Marie Charlotte Jones (namiestniczka przewodniczek) na czele. Cała wędrówka miała się rozpocząć w piątek wieczorem a my mamy przylecieć do Brukselii dzień wcześniej - będzie dobra okazja do zobaczenia kilku ciekawych miejsc.

Przygotowania do wyjazdu przyniosły pierwsze problemy. Okazało się, że Valia nie dostała wizy i prawdopodobnie nie będzie mogła przyjechać, a Marysia się rozchorowała i na pewno nie pojedzie z nami. Z początku nie było mi wesoło. Nie wyobrażałam sobie, że mogę polecieć sama... W dzień wylotu okazało się szczęśliwie że Valentina otrzymała wizę i już leci do Warszawy z Sankt Petersburga. Miałam dużo obaw co do samotnego wylotu. Jednak rozmowa z naczelniczką i jej wskazówki bardzo mnie podbudowały i chyba nabrałam odwagi bo pojechałam na lotnisko z lepszym nastawieniem. Ciągle sobie tylko myślałam: jedziesz do skautów - czego się boisz?! Będzie jak w domu!

Podróż upłynęła na wzajemnym poznaniu się z Valią. Pomimo trudności w posługiwaniu się językiem angielskim udało nam się jakoś dogadać.

Na lotnisku w Brukseli czekała nas miła niespodzianka - Marie Charlott przyjechała po nas by zawieźć nas na miejsce noclegu. Okazało się, że śpimy u siostry bliźniaczki Marii Charlotte - Astrid. Było to ogromne mieszkanie, w którym wraz z Astrid mieszka jeszcze kilka dziewczyn. Powitano nas pyszną kolacją, przygotowaną przez przewodniczki z ekipy namiestnictwa.

Pierwsze lody (zwłaszcza te językowe) zostały przełamane.

Drugiego dnia Astrid zaproponowała, że pokaże nam najładniejsze i najważniejsze miejsca w Brukseli. Miałyśmy na to cały dzień. I rzeczywiście Bruksela to bardzo ciekawe miejsce, to co najbardziej mi utkwiło w pamięci to zadziwiające połączenie nowoczesności z historią - zwłaszcza jeżeli chodzi o architekturę. Mnie najbardziej zainteresował teren Parlamentu Europejskiego, Valie często zaglądała do sklepów z czekoladą gdzie podobno sprzedają ją najsmaczniejszą w Europie.

Po obejrzeniu wszystkich miejsc udałyśmy się już z plecakami na parking z którego miały odjeżdżać busy, które zawiozły nas do Alzacji we Francji - miejsca gdzie ma się rozpocząć wędrówka.

Na miejscu okazało się, że jest nas około 60 osób - wędrownicy i przewodniczki.

Pierwsze miłe spostrzeżenie - czekało na nas gorące i słodkie kakao, przygotowane wcześniej przez ekipę organizującą spotkanie. Była godzina 00:30. Pogoda była lekko zimowa w końcu była to połowa lutego. Zastanawiałam się jak to będzie - po raz pierwszy spałam w namiocie w lutym!

Nie było tak źle - dobry sprzęt i ognisko - można jakoś wytrzymać.

No dobra, było strasznie zimno ale za to poranek i rozpalanie ogniska (co wręcz uwielbiam) było niezłą frajdą.

Szybkie śniadanie - dżem i czekolada... przy okazji wymieniłyśmy z dziewczynami informacje na temat śniadań w Polsce, Rosji i w Belgii. Razem z Valią dołączyłyśmy do ekipy namiestnictwa i razem z Marie Cherlotte, Suzanne i Neli szykowałyśmy się do wędrówki. Na spotkanie dotarło kilka ognisk i ekipy młodych przewodniczek. Każda ekipa i ognisko otrzymało mapę i dużo czasu by dotrzeć do celu naszej wędrówki - Góra św. Otyldy.

Wędrówka w tamtych okolicach i w środku zimy nie była najprostsza. Było bardzo ślisko, co chwila któraś z nas leżała na ziemi, na szczęście nikomu nic się nie stało i udało się nam dotrzeć na miejsce w całości. W drodze przygotowałyśmy krótki ale smaczny posiłek. Danie charakteryzowało się smacznym a dla mnie wręcz oryginalnym połączeniem tuńczyka, majonezu i brzoskwini. To był naprawdę dobry pomysł i pomyślałam sobie, że takie danie musi pojawić się na naszej polskiej wędrówce szkoleniowej.

Na miejscu byłyśmy pierwsze. Miałyśmy trochę czasu na rozpalenie ognia i przygotowanie gorącej herbaty wszystkim dziewczynom. Do rozpalenia ogniska zgłosiłam się ja i tak już zostało do końca.

Pogoda momentalnie się popsuła. Zaczął sypać bardzo gesty śnieg - nie było nic widać na odległość metra.... w kilka chwil polana na która trafiliśmy zrobiła się biała - było jak w Tatrach w styczniu.

Nic nie smakuje lepiej niż gorąca herbata z ogniska w taka pogodę - dlatego też dziewczyny które docierały z wędrówki bardzo cieszyły się na widok rozpalonego dużego ogniska i cieplej herbaty...

Kiedy już wszystkie ogniska i ekipy dotarły na miejsce był czas na przygotowanie kolacji. To w ten dzień należało do mnie. Przygotowałam - przy pomocy zakupów zrobionych przez Marysie jeszcze w Warszawie - krokiety z barszczem. I chyba smakowało wszystkim.

Po kolacji pojawili się wędrownicy i w bardzo szybkim tempie rozpaliliśmy kolejne duże ognisko. To był czas na ekspresje, każda jednostka przygotowała przedstawienie na temat historii świętej Otyldy. Było dużo śmiechu. Choć ja i Valia nie do końca mogłyśmy wszystko zrozumieć (język francuski), ale ekspresja Belgijskich skautów była tak wyrazista, że naprawdę dużo można było z tego wyczytać.

A śnieg ciągle sypał!!!

Po ognisku ruszyliśmy wszyscy do klasztoru gdzie miała się odbyć Msza Święta. Do kaplicy był kawałek do przejścia więc cześć osób trzymała ze sobą płonące pochodnie i modląc się różańcem przeszliśmy na miejsce.

Ciepło kaplicy było niesamowicie przyjemne zważywszy na temperaturę na dworze. Ale nie tylko to - kaplica była niewielka ale śliczna, panowała tam prawdziwa atmosfera Domu Bożego. Zostałam poproszona do stanięcia ze sztandarem podczas Mszy Świętej. Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło ale czułam się przez to też wyróżniona jako gość.

Po Eucharystii wszystkie przewodniczki w mundurach spotkały się na placu przed  kaplicą. Dwie dziewczyny miały złożyć swoje przyrzeczenie a dwie kolejne otrzymały symbole zakończenia zielonego szlaku wędrowniczki. Dla wszystkich było to duże przeżycie, widziałam autentyczna radość z przyrzeczeń i stopni. Ja sama pierwszy raz brałam udział w przyrzeczeniu u obcokrajowców i było to ciekawe doświadczenie. W tym momencie poczułam że jestem u siebie, że tak naprawdę nie ma się czego bać - trudności językowe, nowe znajomości, wyjazd w nieznane miejsce - to już przestało istnieć. Było jak w domu!

Noc była trudna, zimno i zamarznięte namioty dały o sobie znać - ale za to była przygoda. Dałyśmy radę!

W niedzielny poranek obudziłam się pierwsza, gdy wyskoczyłam z namiotu słonce dopiero co wychylało się zza horyzontu, była przyjemna cisza. Zimowy krajobraz był bardzo przejmujący. Nigdy tego nie zapomnę.

Po szybkim śniadaniu udaliśmy się wszyscy do klasztoru gdzie zaprzyjaźniony ksiądz opowiadał nam całą historie św. Otyldy. Trzeba przyznać że jest to bardzo ciekawe miejsce. Jest to dobra baza na biwaki.

W południe rozpoczęliśmy świętowanie każda ekipa i ognisko (u wędrowników to samo) miała przygotować danie związane z regionem Alzacji. I przy dużym ognisku mogliśmy spróbować tych smakołyków. Świętowanie rozpoczęliśmy modlitwa Anioł Pański w języku polskim. Atmosfera była niesamowicie przyjazna i chciało się tam zostać dłużej ale przyszedł czas naszego wyjazdu na lotnisko. Pożegnaliśmy się ze wszystkim ustalając plany kolejnych spotkań, ewentualnych wędrówek w Polsce i w Belgii.

Dominika